Historia rozdz. 1

Autor: Szymon Drewnojad, Gatunek: Proza, Dodano: 31 maja 2010, 10:30:15

Pierwszy rozdział powstającej w wielkich bólach książki jeszcze bez tytułu. Mam tego sporo więcej ale już raczej nie wrzucę, bo to w całości w sumie winno być czytane. Jak dalej w takim tempie będę tworzył, to za jakieś 5-10 lat przeczytacie całość :) No może jeszcze drugi rozdział dorzucę później.

 

 

Historia, którą chciałbym opowiedzieć zaczęła się zupełnie niewinnie, od globalnego kryzysu ekonomicznego. W połowie roku 2009 cały świat zachodni ogarnęła nagła fala bezrobocia, protestów, samobójstw, zabójstw i innych fascynujących wydarzeń. Sytuację jednostek, pozbawionych pracy i jakichkolwiek perspektyw poznałem zresztą osobiście.

Byłem studentem polonistyki, który miał ogromne problemy z utrzymaniem się na uczelni ze względu na konieczność zarabiania. Czasowo dość to kolidowało, więc ostatecznie dziekanat pozwolił mi nawet na pracę na pełen etat. Rozwiązanie sytuacji okazało się bardzo proste, mianowicie na moim nazwisku wystarczyło umieścić poziomą linię i już miałem mnóstwo wolnego czasu. Całe dnie poświęcać więc mogłem na tak rozwijające czynności jak gry internetowe, czytanie po kilka razy Onetu, czy łażenie po okolicy. Wszystko to poprzetykanie szukaniem ogłoszeń o pracę.

Cotygodniowy rytuał ustalił się bardzo szybko.

 

Poniedziałek – kupno Wyborczej z ogłoszeniami, dzwonienie, wysyłanie aplikacji.

Wtorek – przeglądanie serwisów z ogłoszeniami, wysyłanie CV do wybranych

Środa – dalsze przeglądanie serwisów, wysyłanie CV do nowych

Czwartek, piątek – o dziwo przeglądałem serwisy i wysyłałem CV; tym razem do wszystkich z całego tygodnia

Sobota – kupno Głosu Wielkopolskiego z ogłoszeniami, dzwonienie, wysyłanie aplikacji

Niedziela – zapijanie smutków i znieczulanie się przed kolejnym nadchodzącym, bezsensownym tygodniem

 

Pisanie CV i listów motywacyjnych stało się wręcz moją pasją i sensem każdego dnia. Już po dwóch tygodniach potrafiłem napisać list, który przy odczytywaniu wywoływać musiał u ewentualnego pracodawcy łzy szczęścia, ponieważ na jego skrzynce służbowej pojawiło się pismo od kandydata idealnego. W konsekwencji coraz częściej do mnie oddzwaniano. Właściwie świat stanął przede mną otworem. Mogłem sprzedawać wełnę albo rozwiązujące wszystkie problemy usługi telekomunikacyjne, miałem możliwość zostania domokrążcą, mogłem być panem do towarzystwa i wreszcie złomiarzem. Nic tylko korzystać i żyć pełnią życia. Niestety niewdzięczność moja wobec losu, który otworzył przede mną takie perspektywy, oraz zwykła ludzka wyniosłość objawiała się, zupełnie mimowolnie, w częstym odrzucaniu takich wspaniałych ofert.

Zdarzało się czasem, że z radością przyjmowałem wiadomość o tym, że zostałem włączony do procesu rekrutacyjnego jakiejś firmy. Na rozmowach kwalifikacyjnych okazywało się jednak zwykle, że mam zbyt małe doświadczenie i jednocześnie jestem za stary. To, że znam doskonale angielski jest również niewystarczające, ponieważ zgłosili się też ludzie, co znają języków pięć. Dodatkowo wzbudzałem pewnie niechęć i nieufność używając czasem w rozmowie mało standardowych słów, a ludzie z założenia nie ufają inteligencji, bo same potem problemy z takimi.

Właściwie w wieku 24 lat powinienem mieć już dziesięcioletnie doświadczenie na stanowisku kierowniczym, znać angielski, rosyjski, francuski, hiszpański i niemiecki w stopniu co najmniej komunikatywnym, wskazane prawo jazdy wszelkiej kategorii, a do tego muszę być też wygadany pozostając przy tym prostym we współpracy kretynem by móc zostać na przykład telemarketerem lub magazynierem i zarabiać tyle co nic.

Na wszystkich rozmowach o pracę, gdzie na raz zaproszonych było co najmniej kilka osób, zawsze, ale to zawsze posadę dostawała najgłupsza pinda bądź największy debil na spotkaniu. Ktoś, kto opowiadał największe bzdury. Ponieważ, ze wględu na brak doświadczenia i wykształecnia, poszukiwałem pracy głównie w sektorze obsługi klientów wiem już skąd się bierze jej wyjątkowy standard w naszym kraju.

Pieniądze szybko zaczęły się kończyć, a utrzymać się trzeba, więc musiałem pozbyć się komórki, laptopa, empetrójki, telewizora, garnków, patelni, wentylatora, mini wieży właścicielki mieszkania i większości książek. W kawalerce, w której mieszkałem z moją dziewczyną Magdą zostało łóżko, biurko, jeden komputer i puste regały. Wobec braku niezbędnych sprzętów musieliśmy zorganizować sobie sprawy związane z jedzeniem. Gdy czasem mogliśmy pozwolić sobie na ciepły posiłek robiliśmy go w mikrofalówce. Wyszło nam, że za sprzedane podróbki Zeptera mogliśmy opłacać prąd nawet przez kilka miesięcy, więc jest to o wiele bardziej opłacalne od tradycyjnego gotowania. Uznaliśmy też, że używanie tylko i wyłącznie zimnej wody do wszystkiego, od mycia naczyń do kąpieli, również nam się przyda i wyjdzie na zdrowie. W podjęciu tej decyzji pomogło nam PGNiG odcinając nam gaz i junkers pozbawiony możliwości wprowadzenia odrobiny ciepła do domu mógł już tylko smutno prychać.

Ważne, że spóźniano się z odłączeniem prądu oraz internetu, i mogliśmy przy pozostałym komputerze szukać pracy dalej oraz umilać sobie bezproduktywne dni muzyką i grami komputerowymi.

Sytuacja nasza jak widać stała się dość dramatyczna, więc czasem musiałem wytrzymać trochę w jakiejś upokarzającej i słabo płatnej pracy, byśmy mieli choć odrobinę pieniędzy. Przez tydzień dzwoniłem więc do staruszków i wysyłałem ich na żer wyszkolonym sprzedawcom, którzy wciskali im zupełnie zbędną wełnę za 3 tysiące. Raz, czy dwa pomagałem przy przeprowadzkach, a czasem napisałem jakąś pracę gimnazjaliście. Prace takie najczęściej oceniane były nisko przez ignorancję skretyniałych polonistek, których zastępy (a raczej ich następne pokolenie) poznałem dobrze na uczelni i szczerze ich nie znosiłem.

Słuchacze polonistyki to w ogóle osobliwe stadło.

Na pierwszym roku było nas prawie dwieście osób, z czego jakieś 80% stanowiły dziewczęta. W takim natłoku estrogenu nie wszyscy czują się świetnie i niedługo procentowy udział kobiet zwiększył się jeszcze bardziej. Przy socjologicznym podejściu wyróżnić należałoby kilka grup różniących się podejściem do życia, inteligencją itd. I tak najliczniejsza byłaby banda przyszłych nauczycielek polskiego w szkołach. We wspaniałej większości są to bezbarwne, pozbawione charakteru dziewoje, nie wiedzące co chcą ze sobą zrobić i zdając sobie sprawę z marnych zasobów IQ postanawiają iść w ślady swoich idolek z podstawówki – pań od polskiego. Druga grupa, to kiepscy poeci, wannabe pisarze i inni wykolejeńcy. Tu jest najwięcej facetów. Dość inteligentna ale okropnie pozerska grupa. Czytają co najrzadziej czytane, piją bo poeci przecież piją, są cyniczni bo trzeba, biorą udział w „Poznaniu poetów”. Większość z nich i tak wreszcie zdaje sobie sprawę z własnych możliwości i ustatkowuje się. Zostają sprzedawcami telefonów, doradcami finansowymi albo do końca życia pałętają się po różnych kiepskich posadach. Z kolei jeśli ktoś nie ma siły na silenie się na indywidualność i tworzenie postanawia zostać krytykiem. Ci z kolei są niezwykle wrażliwi na zmiany klimatów intelektualnych i ślepo podążają za aktualnymi trendami akademickimi. I tak, nagle dwadzieścia osób w ciągu tygodnia potrafi równo przejść od roztrząsania domniemanego homoseksualizmu Nietzschego, przez wspomnienia o holokauście, którego nie przeżyli ale i tak był czymś wyjątkowym, do zatwardziałego feminizmu. Odwiedzają też beznadziejnie nudne miejsca dyskusji literackich, gdzie pokazują się, piją kawę, palą slim papierosa i po nie uczestniczeniu w dyskusji wracają do domu czytać Agambena, bo ten ostatnio głośny. Ci z kolei rzadziej niż wannabe poeci dostrzegają swój nieciekawy status i zazwyczaj bardzo długo tkwią w złudzeniu własnej niezależności intelektualnej i ogólnej zajebistości, co powoduje u mniej pretensjonalnych osób oczywisty odruch wymiotny.

Poza tym na polonistyce znajdziemy ludzi, którzy trafili tam kompletnie przez przypadek (tych lubiłem najbardziej, byli szczerzy i jacyś normalni), paru kolesi, co nie przyszli studiować ale raczej na dupy i kilkoro pasjonatów literatury, którzy faktycznie wiedzą co robią na tym kierunku i potrafią się w tym realizować pozostając niezależnymi umysłowo.

Ja jestem oczywiście przyszłym pisarzem jak być może widać.

Piszę o tym dlatego, że chcę przybliżyć czytelnikowi mentalny klimat panujący w moim otoczeniu, ponieważ być może jakoś pomoże to w wyobrażeniu sobie niektórych zdarzeń, które opiszę, a część bohaterów będzie określana specyficznymi mianami.

Tak jak już pisałem sytuacja finansowa moja była wybitnie nieciekawa i szukałem wszelkiego źródła zarobku. O dziwo okazało się, że nie wszyscy, z którymi studiowałem zapomnieli o mnie. Czasem spotykałem kogoś na mieście, w sklepie czy gdzieś tam indziej i odbywałem z nimi krótką wymianę zdań, która zwykle wyglądała mniej więcej tak:

- Cześć! Co słychać?

- Dobrze, a u ciebie?

- Też dobrze.

Chwila konsternacji i:

- Jak sesja? (albo zależnie od pory roku gdzie na wakacje, któreś święta czy Sylwestra etc.)

- OK.,tylko jedna poprawka ale to tam wiesz… (albo wymienienie miejsca gdzie się jedzie bądź było na wakacjach, któryś świętach czy Sylwestrze itd.)

- Świetnie.

I tu już zwykle kończą się tematy do rozmów. Dalej następuje nerwowa cisza przetykana następnymi bezsensownymi pytaniami, na które odpowiedzi i tak interlokutora nie interesują i szybko je zapomni.

Raz jednak idąc przez miasto spotkałem moją dobrą znajomą, przyszłą krytyczkę Agatę, która idealnie wpasowywała się w grupę przyszłych literaturooceniaczy. Wydawała się inteligenta ale mimo to intelektualnie trendi, co powodowało u niej odruchy feministyczne. Mimo to bardzo ją lubiłem, choć na pewne tematy nie rozmawialiśmy by nie wywołać kłótni.

- Cześć! – krzyczała z drugiej strony ulicy – Już do ciebie biegnę.

Jak powiedziała, tak zrobiła i po paru sekundach stała po mojej stronie ulicy i nie pamiętając chyba ustalonych wcześniej granic tematycznych rozmów zaczęła mówić:

- Dobrze, że cię widzę Piotrze. Potrzebuję jak najwięcej ludzi do pewnego przedsięwzięcia.

- Właściwie mam kupę czasu ale wiesz, że mam swoją godność i nie zrobię pewnych rzeczy, które nie są zgodne z moimi poglądami. – od razu delikatnie się wycofałem.

- Nic takiego od ciebie nie chcę. Wraz z organizacją SCUM chcemy urządzić marsz równości w Poznaniu. Będziemy nieść i krzyczeć nasze hasła przechodząc przez centrum.

- Myślę, że do tak szlachetnej i słusznej inicjatywy ludzie powinni garnąć się sami. – uruchomiłem tryb ironii - Równouprawnienie samo się nie obroni, tu trzeba czynów i pracy ludzi, czy ludzi pracy jak ktoś woli. Skąd pomysł werbowania mnie, cynicznego lenia?

- Cieszy mnie twój optymizm – niestety niektórzy ironii nie dostrzegają – ale wciąż jesteśmy społeczeństwem zacofanym, ciemnym i mówiąc kolokwialnie tkwimy głęboko w patriarchalnej dupie. - mówiła z autentycznym smutkiem, aż mi żal patriarchalną dupę ścisnął. - Dlatego wraz z siostrami ze SCUM wpadłyśmy na świetny pomysł. Pieniądze, które mamy z datków przeznaczymy na finansowanie takich marszów. Każdy spoza organizacji kto przejdzie z nami od początku do końca otrzyma pięć stówek na rękę.

Oczywiście, że mam godność, poglądy itd. ale zapłacenie rachunków i ciepły posiłek też niczego sobie. Może nawet nie będziemy musieli golić i wciskać do mikrofalówki naszego biednego kota Witolda, który na szczęście dla nas zdążył się utuczyć jeszcze przed kryzysem. Zapytałem tylko kiedy planują taki wymarsz i o trasę, to może jednak wskoczę i jeszcze Madzię namówię. Odpowiedziała mi, że w najbliższą sobotę, o 17 jest zbiórka na placu obok dwóch krzyży i stamtąd idziemy ulicą św. Marcin, a dalej alejami Marcinkowskiego, potem skręcamy w Paderewskiego skąd już chwila na Stary Rynek gdzie znajduje się meta. W sumie jakieś trzy kilometry do przejścia przez centrum, czyli przy nawet bardzo powolnym marszu nie powinno to trwać dłużej niż trzy kwadranse. Pożegnałem się i udałem się w drogę do domu, mając w głowie najwyższą stawkę godzinową, jaką miałem okazję zarobić.

Gdy dotarłem do pustej niemal kawalerki zastałem w niej szukającą kolejnych ogłoszeń o pracę Madzię.

- Kochanie! W niedzielę jemy ciepły obiad! – zacząłem ze zrozumiałym optymizmem.

- Weź nie żartuj. Pomóż mi lepiej przytrzymać Witka, bo sama nie dałam rady go ogolić.

- Zostaw biedaka! Naprawdę zjemy obiad, można oszczędzić kota.

Zawsze podejrzewałem nasze zwierzę o rozumienie mowy polskiej i jak na potwierdzenie tej tezy zobaczyłem w tym momencie dwa świecące punkciki, które przybliżały się do mnie z ciemnej łazienki. Witold zaczął miauczeć, łasić się i wskakiwać na mnie z tej całej swojej radości.

- Mam świetną możliwość zarobku. W sobotę musimy przejść się po mieście i mamy tysiaka w kieszeni.

- Oczywiście, a kto powiedz da nam kasę za spacer po Poznaniu?

- Feministki.

- Co? Jak się domyślam to pomysł twoich koleżanek z uczelni. Tych, które nigdy nie miały za dużo styczności z mężczyznami i chodzą na wykłady PPG. - czytelnikowi powinienem wyjaśnić, że moja kobieta wykazywała równie entuzjastyczne podejście do tego ruchu co ja.

- Właściwie masz rację ale mnie tam pięćset złotych jest w stanie przekonać do tych wszystkich głupot.

- Kiedy to ma być dokładnie?

- W tę sobotę o 17.

- To sobie idź sprzedajny ty, z tymi pindami pomóc przejąć im władzę, drzeć mordę w imię skrobanki i machać radośnie różową flagą. Ja nigdzie nie idę, zostaję w domu i dzwonię na numery z Głosu, to w końcu może któreś z nas normalną pracę będzie miało, a nie żeby się z feministkami publicznie kurwić.

W myślach stwierdziłem, że posłucham jej rady, podziękowałem za chwilę przyjemnej konwersacji i wyszedłem do kuchni zrobić sobie w mikrofali zupkę chińską po ciężkim dniu.

Komentarze (8)

  • O żesz Joszko Broda! (czyt. Boże jedyny!) Nie wiem co myśleć. :D Na pewno ubawiłam się nieźle. :)) Widzę, że jesteś dosłowny i szczery do bólu. To mi się podoba. :) Jednak nie wiem co sądzić o tekście sytuując go w obrębie literatury. Daj mi czas do namysłu. :) Albo jeszcze lepiej: wrzuć drugą część, w końcu nie piszesz tego tylko dla siebie? ;)

  • Biorąc pod uwagę kwestie marketingu zawieszenie opowieści w tym miejscu jest optymalnym rozwiązaniem i jednak nie będę tu więcej zamieszczał :)
    Dalej jest bardziej "literacko", wciąż jest śmiesznie ale i głębiej. Nabijam się z dresów, a potem z heglizmu, z łysych feministek, a potem odwołuję się do marksizmu itd. więc oprócz zwykłego jechania po wszystkich mogę jeszcze wszem i wobec pokazać jakim to nie jestem erudytą :) Niektórzy określili to jako kontynuację stylu Głowackiego, czy Mendozy i, olewając potrzebę oryginalności, traktuję to jako komplement.

  • Niepotrzebnie posłuchał rady dziewczyny. Koniec mnie zawiódł, ale ogólnie bardzo bardzo. Prosto, dobitnie, dosadnie i składnie. Czekam na drugą część.

  • barwna charakterystyka studentów polonistyki, zabawna :) Myślę, że lepiej bym tego nie ujęła i oczywiście sama doświadczyłam tych środowisk, które równie szybo fascynowały mnie i nużyły.

  • Charakterystyka krytyków literackich bardzo udana i dobrze napisana. Całość w ogóle mnie zadowoliła, choć nie lubię, jak autor zwraca się bezpośrednio do czytelnika, to ma być powieść(?), a nie blog albo przydługi e-mail do kolegi.

    Czekam na trochę więcej radosnego absurdu.

  • Ja lubię. Zresztą później ma być wyjaśnione dlaczego taka forma. Ale jeszcze tego napisanego nie ma :) Więc wszystko jeszcze możliwe.
    A trochę więcej jest w drugiej części choć może się to wydawać mało oczywiste :)

  • Atmosfera Ifp, ku mojej rozpaczy, oddana jest doskonale. Boję się tylko pomyśleć, w której z wymienionych grup się mieszczę... postanawiając, że w żadnej nie wiem, czy to dobrze i czy pozostaję wobec siebie obiektywna (najpewniej nie). Koniec końców znów budzą się we mnie lęki, a to oznacza, że twórczość Twoja wywiera wpływ. Jeszcze nie wiem jaki, ale wpływ. Z tego wszystkiego spać nie mogłam w nocy, drżąc nad problemem zmiany promotora i wpływu tej decyzji na cały wszechświat... Tak oto spędzasz mi sen z powiek:)

  • Ty Dorotko na podryw przyszłaś ewidentnie ;) Mam nadzieję, że rozwiałem wątpliwości.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się